Włochy Inaczej. Włoskie Osobliwości: Zdjęcia

Zwiedzanie Rzymu zaczęliśmy od Koloseum, kilometr dalej zatrzymała nas egipska mumia.

Potem przespacerowaliśmy się pod Panteon, gdzie spotkaliśmy legionistę,

i do Bazyliki Santa Maria Maggiore, gdzie oprócz pięknego wnętrza, olbrzymiego posągu Papieża Piusa IX oraz gigantycznych drzwi:

zaciekawił nas pewien zakaz.

Ale jak widać rzymianie zakazy mają w nosie

A to już Neapol: Miasto Wiszących Gaci i…

skuterów, które dosłownie plączą się pod nogami.

Znienacka trafiliśmy na czynny kościół, który latami popada w ruinę.

A potem wpadliśmy na najlepszą pizzę w mieście: do pizzerii Micheline z 1870 roku, gdzie ciasto wypieka się w takich jak tu, o, piecach.

Mediolan. Tutaj wystartowaliśmy, zwiedzając Włochy. I od razu nauczyliśmy się, jak poradzić sobie z gołębiami. Co na to Kraków? :)

Spójrz do góry, ogrody w Mediolanie są niemal wszędzie.

Na koniec małe oszustwo, takich o, „joginów”, spotkacie pod Katedrą Mediolańską. Znudzą się Wam w Rzymie, jest ich tam całe mnóstwo. Viva Italia!

Włochy Tanio. Da się: Notatki z podróży

Po sezonie południe Włoch jest nadal ciepłe, ale tańsze np. w przypadku hoteli. Wróciliśmy z Włoch 26 października: w krótkich spodenkach, opaleni. Kilka wskazówek, które mogą się Wam kiedyś przydać.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pilzno: Tu, gdzie robią najlepsze czeskie piwo

Czytaj wpis na:
http://wstarymstylu.com/

Podziemia Prazdroja, gdzie w gigantycznych beczkach leżakuje Pilsner

Szyszki najwyższej jakości chmielu żateckiego, z których wytwarza się Pilsnera

Finał PilsnerFestu zgromadził tłumy

Vaclav Berka, współczesny Josef Groll – mistrz pilzneńskiego browaru. Pod jego czujnym okiem powstaje Pilsner Urquell

Kotły warzelne

Winny! Czyli po co był nam Broad Peak

Sędziowski młotek uderzył w stół. Jaka będzie kara za Broad Peak?

Piękny, ale zabójczy. Broad Peak (fot. Florian Ederer)

Jest sukces, jest też tragedia. I znowu zaczęły się typowo polskie „sztafety” – tym razem pałeczkę dzierżą sędziowie, małe szanse, by odzyskali ją oskarżeni: Bielecki i Małek. Jak wysoka będzie zapłata za Broad Peak? Jedna KARA już została wymierzona – poszli i zdobyli tę śmiertelną górę. Przeżyli, dopiero teraz dostaną w kość. Będą mieli swój Broad Peak. Nie wiem, nie znam się, nie oceniam. Pytam się. Czy na 8 tysiącach istnieje coś tak relatywnego, jak etyka?

Przypomina mi się Siula Grande i Simon Yates, ten sam, który w 1985 roku odciął wiszącego na linie Joe Simpsona. Środowisko skazało go za to na banicję. 18 września polski światek himalaistyczny zatrząsł się: powstał RAPORT, dostał BIELECKI, który trochę przypomina mi Yatesa, choć wina leży gdzie indziej – do wczoraj młody, ambitny, tytan Himalajów (jeżeli mierzyć siłę jego mięśni), od dzisiaj winny zerwania integralności grupy, łamacz górskich reguł, gówniarz, któremu należy się kubeł zimnej wody. Siwy sędzia, kolega po fachu, nestor polskiego himalaizmu, okazał się surowy, ale czy sprawiedliwy? Dużo mówi się teraz o etyce. Anna Czerwińska, która w tym małym światku podobno sama za świętą nie uchodzi, w wywiadach stwierdza wprost: należy mu się kara, to przez niego zginęli. Czy to jest, piiiiiii, etyczne? Czy to jest tylko takie polskie – ulżyć sobie i znaleźć winowajcę. Nie ma gorszej kary niż dźwigać poczucie winy za czyjąś śmierć. A KOMISJĄ wyższej instancji, która dopiero wyda WYROK w tej sprawie będą ludzie.

Fabuła tej tragedii opiera się na domysłach, bo większość połączeń radiotelefonicznych trafił szlag. Maciej Berbeka pojawia się w epilogu, Tomasza Kowalskiego prawie w ogóle nie ma. Zakończenie jest szokujące i bardzo smutne, recenzja – miażdżąca. I w tym miejscu się gubię. Adam Bielecki szedł solo, zostawił zespół – to czyn, który podlega ocenie. Ale jakim sposobem komisja ocenia godzinę ataku Broad Peak jako za późną? Albo twierdzi, że uczestnik wyprawy powinien był zareagować inaczej na ekstremalną sytuację? Bo mnie zakrawa to na kpinę. Czy dalej mówimy o tym samym Dachu Świata (myślę o Himalajach w ogóle, nie tylko Evereście), gdzie sikanie do butelki staje się nadludzkim czynem, gdzie człowiek siada i już nie wstaje, bo dostaje zawału, gdzie ludzie doznają objawień i halucynacji, gdzie człowiek walczy o przetrwanie? Przejrzałam forum. Ludzie są oburzeni… postawą komisji. Jeden komentarz zapadł mi w pamięć: jedyną „winą” Bieleckiego jest, że przeżył. I to (m.in.) jest szalenie smutne w polskim Broad Peak.

Narkomania, gangi, zabójstwa – normalka. Jak żyje Indianin w USA?

Badlands w pobliżu rezerwatu Pine Ridge, gdzie żyją Lakota (fot. autorka)

Zanim odwiedziłam rezerwat Pine Ridge w Południowej Dakocie, myślałam o Indianach to, co myśli przeciętny Polak: żyją na prerii, są ładni jak z filmu z Kevinem Costnerem i – tego chyba najbardziej się wstydzę – mieszkają w jakiś prowizorycznych chałupach, żeby nie powiedzieć, w namiotach. Jedno się zgadza: miejsce zamieszkania, czyli właśnie preria, surowa, bezkresna równina.Wszystkie moje wyobrażenia wzięły się z kina, książek i inspiracji kultową „Pocahontas” w dzieciństwie. Skąd jeszcze znamy Indian? Skąd mamy ich znać.

Pine Ridge leży w samym sercu Ameryki Północnej, a jednocześnie daleko od wszystkiego: 600 mil od Minneapolis, 350 mil od Denver i 850 mil od Winnipeg w Kanadzie. Jest domem dla 29 tysięcy Lakotów, jednego z 7 plemion dakockich, które francuscy kolonizatorzy nazwali Sioux (Siuksami). W 1991 roku właśnie oni pojawili się na ekranie w Tańczącym z Wilkami Kevina Costnera. Podobno za ten film Costner nawet dostał od Indian kawałek ziemi, tej samej, gdzie dzisiejsi Lakota żyją poniżej progu ubóstwa, umierają przez otyłość, na której piją, którą kontrolują gangi i która tonie w śmieciach. Tylko dlaczego, piiiiiiiii, wolimy o tym nie mówić?

Aaron Huey jest fotografem National Geographic, przyjacielem Indian. W czerwcu 2002 roku spakował walizki, wziął psa, wyszedł z domu. 152 dni później dotarł z Nowego Jorku do oceanu po drugiej stronie Ameryki, pokonawszy na piechotę prawie 3,5 tysiąca mil. Przeciął kontynent wszerz, po drodze tworzył portrety Amerykanów. Najsmutniejsze z nich powstały właśnie w Pine Ridge - Huey nazwał je „obrazami cierpienia”. Zdjęcia, które publikuję poniżej za jego zgodą, pojawiły się w amerykańskiej edycji National Geographic Traveler. Więcej na stronie autora.

W Stanach Zjednoczonych mówi się o nich mało, jeszcze mniej robi się, żeby polepszyć ich kiepską sytuację, głównie jej aspekt ekonomiczny. Indianie są najbardziej stygmatyzowaną grupą społeczną w kraju, w statystykach prawie zawsze lądują najniżej, a według panującej powszechnie opinii są „nieprzystosowani”, bo albo tworzą miejski margines, jak np. w Denver, albo żyją w tych swoich rezerwatach na odludziu.

O tym, jak wygląda życie w Pine Ridge, można by napisać grubą pracę magisterską. Tak właśnie zrobiłam: broniłam prawo Indian do bycia Indianami, a nie książkowym konstruktem. Napisałam o tym, jak miłośnicy kultury rdzennych Amerykanów, czyli indianiści, mityzują swoich idoli i jak nikłą wiedzę mają na ich temat. Otóż nie, drogi Czytelniku, współcześni Indianie nie noszą piór we włosach (chyba, że wymaga tego jakiś ceremoniał), nie żyją w tipi, nie biegają z łukiem po prerii, nie byli i nie są czerwoni, tylko żółci, a czerwonawe zabarwienie skóry brało się od słońca albo ochry, którą się smarowali. Za to nadal wielu z nich nosi długie, czarne jak smoła włosy i zamiast samochodem, woli jeździć konno. Indianie wcinają hamburgery, piją colę (przez co borykają się z gigantycznym problemem otyłości), spożywają nieludzkie dawki alkoholu, walczą o przetrwanie na rządowym zasiłku i nadal wierzą, że Obama naprawi błędy Busha i wreszcie zmieni coś w ich życiu.

Odwiedziłam Pine Ridge w 2006 roku, czyli mniej więcej wtedy, kiedy swoją działalność prowadził tam Aaron. Rezerwat, dawny obóz jeniecki nr 334, leży na prerii niedaleko Parku Narodowego Badlands (Złych Ziemi) – jałowych pagórków, nieużytków, które przyciągają turystów, bo są naprawdę piękne. Pine Ridge jest biedne, ale jeszcze bardziej – smutne, jest przeraźliwie smutne. Ludzie umierają w nim średnio w wieku 50 lat, czyli podobnie jak w Rwandzie i Somalii. Przeważają osiedla przenośnych domów zwanych trailer houses. Kilkaset-kilka tysięcy z nich wymaga natychmiastowego remontu, nie ma prądu, ogrzewania, gorącej i bieżącej wody. Stała opieka medyczna – brak. Brak: aptek, szpitali, teatrów, kin. Wszędzie walają się śmieci.

Śmiertelność niemowląt wśród Indian pięciokrotnie przewyższa amerykański standard, ludzi masowo dotykają choroby serca, otyłość, cukrzyca, z powodu której umiera trzy razy więcej Indian niż innych Amerykanów. Ośmiokrotnie większe żniwo zbiera gruźlica. Przynajmniej połowa mieszkańców rezerwatu egzystuje poniżej progu ubóstwa. 85% z nich nie ma pracy, żyje z małego zasiłku. W Pine Ridge obowiązuje prohibicja, ale alkohol jest łatwo dostępny w sąsiedniej Nebrasce. Indianie spożywają 12,5 tysiąca puszek piwa dziennie (!). Byłam świadkiem, jak grupa pijanych Indian nie potrafiła utrzymać pionu, pakując się do samochodu. Najwyższa w kraju liczba samobójstw, które popełniają nieletni, znowu dotyczy Pine Ridge. W rezerwacie rządzą gangi.

Ta smutna statystyka nie dotyczy wschodniej Afryki czy Afganistanu. Wciąż chodzi o Stany Zjednoczone, o środkową część kraju. W 2007 roku grupa Lakotów z Russellem Meansem, który zmarł w zeszłym roku, na czele ogłosiła niepodległość. Indianie odłączyli się od USA, ale żadne państwo na arenie międzynarodowej nie uznało tego faktu. Republiki Lakockiej nie poparła także część Indian. Separatyści żyją w poczuciu żalu, że za złą sytuację Indian odpowiada rząd amerykański. Nadal walczą o przetrwanie.