Narkomania, gangi, zabójstwa – normalka. Jak żyje Indianin w USA?

Badlands w pobliżu rezerwatu Pine Ridge, gdzie żyją Lakota (fot. autorka)

Zanim odwiedziłam rezerwat Pine Ridge w Południowej Dakocie, myślałam o Indianach to, co myśli przeciętny Polak: żyją na prerii, są ładni jak z filmu z Kevinem Costnerem i – tego chyba najbardziej się wstydzę – mieszkają w jakiś prowizorycznych chałupach, żeby nie powiedzieć, w namiotach. Jedno się zgadza: miejsce zamieszkania, czyli właśnie preria, surowa, bezkresna równina.Wszystkie moje wyobrażenia wzięły się z kina, książek i inspiracji kultową „Pocahontas” w dzieciństwie. Skąd jeszcze znamy Indian? Skąd mamy ich znać.

Pine Ridge leży w samym sercu Ameryki Północnej, a jednocześnie daleko od wszystkiego: 600 mil od Minneapolis, 350 mil od Denver i 850 mil od Winnipeg w Kanadzie. Jest domem dla 29 tysięcy Lakotów, jednego z 7 plemion dakockich, które francuscy kolonizatorzy nazwali Sioux (Siuksami). W 1991 roku właśnie oni pojawili się na ekranie w Tańczącym z Wilkami Kevina Costnera. Podobno za ten film Costner nawet dostał od Indian kawałek ziemi, tej samej, gdzie dzisiejsi Lakota żyją poniżej progu ubóstwa, umierają przez otyłość, na której piją, którą kontrolują gangi i która tonie w śmieciach. Tylko dlaczego, piiiiiiiii, wolimy o tym nie mówić?

Aaron Huey jest fotografem National Geographic, przyjacielem Indian. W czerwcu 2002 roku spakował walizki, wziął psa, wyszedł z domu. 152 dni później dotarł z Nowego Jorku do oceanu po drugiej stronie Ameryki, pokonawszy na piechotę prawie 3,5 tysiąca mil. Przeciął kontynent wszerz, po drodze tworzył portrety Amerykanów. Najsmutniejsze z nich powstały właśnie w Pine Ridge - Huey nazwał je „obrazami cierpienia”. Zdjęcia, które publikuję poniżej za jego zgodą, pojawiły się w amerykańskiej edycji National Geographic Traveler. Więcej na stronie autora.

W Stanach Zjednoczonych mówi się o nich mało, jeszcze mniej robi się, żeby polepszyć ich kiepską sytuację, głównie jej aspekt ekonomiczny. Indianie są najbardziej stygmatyzowaną grupą społeczną w kraju, w statystykach prawie zawsze lądują najniżej, a według panującej powszechnie opinii są „nieprzystosowani”, bo albo tworzą miejski margines, jak np. w Denver, albo żyją w tych swoich rezerwatach na odludziu.

O tym, jak wygląda życie w Pine Ridge, można by napisać grubą pracę magisterską. Tak właśnie zrobiłam: broniłam prawo Indian do bycia Indianami, a nie książkowym konstruktem. Napisałam o tym, jak miłośnicy kultury rdzennych Amerykanów, czyli indianiści, mityzują swoich idoli i jak nikłą wiedzę mają na ich temat. Otóż nie, drogi Czytelniku, współcześni Indianie nie noszą piór we włosach (chyba, że wymaga tego jakiś ceremoniał), nie żyją w tipi, nie biegają z łukiem po prerii, nie byli i nie są czerwoni, tylko żółci, a czerwonawe zabarwienie skóry brało się od słońca albo ochry, którą się smarowali. Za to nadal wielu z nich nosi długie, czarne jak smoła włosy i zamiast samochodem, woli jeździć konno. Indianie wcinają hamburgery, piją colę (przez co borykają się z gigantycznym problemem otyłości), spożywają nieludzkie dawki alkoholu, walczą o przetrwanie na rządowym zasiłku i nadal wierzą, że Obama naprawi błędy Busha i wreszcie zmieni coś w ich życiu.

Odwiedziłam Pine Ridge w 2006 roku, czyli mniej więcej wtedy, kiedy swoją działalność prowadził tam Aaron. Rezerwat, dawny obóz jeniecki nr 334, leży na prerii niedaleko Parku Narodowego Badlands (Złych Ziemi) – jałowych pagórków, nieużytków, które przyciągają turystów, bo są naprawdę piękne. Pine Ridge jest biedne, ale jeszcze bardziej – smutne, jest przeraźliwie smutne. Ludzie umierają w nim średnio w wieku 50 lat, czyli podobnie jak w Rwandzie i Somalii. Przeważają osiedla przenośnych domów zwanych trailer houses. Kilkaset-kilka tysięcy z nich wymaga natychmiastowego remontu, nie ma prądu, ogrzewania, gorącej i bieżącej wody. Stała opieka medyczna – brak. Brak: aptek, szpitali, teatrów, kin. Wszędzie walają się śmieci.

Śmiertelność niemowląt wśród Indian pięciokrotnie przewyższa amerykański standard, ludzi masowo dotykają choroby serca, otyłość, cukrzyca, z powodu której umiera trzy razy więcej Indian niż innych Amerykanów. Ośmiokrotnie większe żniwo zbiera gruźlica. Przynajmniej połowa mieszkańców rezerwatu egzystuje poniżej progu ubóstwa. 85% z nich nie ma pracy, żyje z małego zasiłku. W Pine Ridge obowiązuje prohibicja, ale alkohol jest łatwo dostępny w sąsiedniej Nebrasce. Indianie spożywają 12,5 tysiąca puszek piwa dziennie (!). Byłam świadkiem, jak grupa pijanych Indian nie potrafiła utrzymać pionu, pakując się do samochodu. Najwyższa w kraju liczba samobójstw, które popełniają nieletni, znowu dotyczy Pine Ridge. W rezerwacie rządzą gangi.

Ta smutna statystyka nie dotyczy wschodniej Afryki czy Afganistanu. Wciąż chodzi o Stany Zjednoczone, o środkową część kraju. W 2007 roku grupa Lakotów z Russellem Meansem, który zmarł w zeszłym roku, na czele ogłosiła niepodległość. Indianie odłączyli się od USA, ale żadne państwo na arenie międzynarodowej nie uznało tego faktu. Republiki Lakockiej nie poparła także część Indian. Separatyści żyją w poczuciu żalu, że za złą sytuację Indian odpowiada rząd amerykański. Nadal walczą o przetrwanie.